Rozmowy kształcą.

Netflix and chill. Moje pierwsze skojarzenie to opierdalanie się po robocie przy serialu. Znaczy opierdalanie się przy serialu po robocie. A tu się proszę ja Was okazuje, że  takie modern ONS, tylko pod płaszczykiem. Choć w zasadzie jest tak ciepło, że żadne przykrycia w grę nie wchodzą. Co najwyżej cienki kocyk. I teraz już wiem, dlaczego mam problem z wyrywaniem. I że nigdy na Netflixa i chill nie złapię żadnej laski czy kobiety. Bo mam Showmaxa… (Jest tu jakaś pani z N.?)

Życie też jest świetnym tematem do rozmów. Dzięki tym rozmowom można się nauczyć wiele o ludziach, których wydaje się, że się zna się. O ich popierdolonym myśleniu i koncepcjach rozwiązywania swoich, a przede wszystkim moich problemów. Nie mając pojęcia o faktach i skutkach decyzji, które podejmują, brną i robią głupoty. I chcą, bym ja robił tak samo. I pieprzą od rzeczy. Chcą chyba za dużo. I być mądrzy. A następuje totalna kompromitacja. A kiedy nagle przestaję się odzywać, bo nie mam ochoty słuchać po raz kolejny tych samych smutów i dyrdymałów, jest wielkie oburzenie. I już się nauczyłem mówić wprost “weź, nie pierdol i się w końcu ogarnij”. Więc tak, weźcie się ludzie ogarnijcie i coś ze sobą zróbcie! Rąk by mi zabrakło, żeby was wyliczyć. Nie, nie ignoruję Waszych problemów. Po prostu chcę się czasem skupić na czymś innym, bo mi się przelewa. Szukać magii. Radości. Daj mi magię, a ogarniemy wszystkie Twoje problemy.

O, i jeszcze dowiedziałem się ostatnio (chciałem błysnąć w tym towarzystwie), że te małpki z emotikonów to pochodzą z buddyzmu. Znaczy się są odzwierciedleniem przysłowia buddyjskiego. Takie śmieszne, a takie poważne. Kto by pomyślał?

Czego to się człowiek nie dowie podczas rozmowy. Na przykład, że jest trollem.

Warto rozmawiać.

Advertisements

Pierdolenie o Szopenie.

Nie, nie będzie ani słowa o muzyce. Chociaż…

Dziś, w zasadzie wczoraj, doszedłem do wniosku, że kończę z tym, że nie lubię tracić ludzi. Ten stan, tracenia wewsensie, staje się od teraz dla mnie czymś obojętnym. Dziś jestem, jutro mnie nie ma. Jako Znajomy, Przyjaciel, Kochanek, Mąż, Ojciec, Sołtys Zakalinek (uwielbiam Zakalinki). Nie to nie. Widać nie spełniam oczekiwań, nie wystarczam, nie cokolwiek. Big-rozczarowanie. I założenia.

Będzie jak na fejsbuku, czasem ubywa lub jednych zastępują drudzy. Sfejsbuczę się. Będę miał bliskich i dalekich znajomych. A każde przyjście i odejście po prostu zanotuję w dzienniku aktywności. Nie, ja się nie zmieniam. I nie zmienię się na siłę. Co najwyżej opitolę sobie brodę na zero. I czerep. Bo dziś sobie tylko skróciłem. Na pohybel.

Ustrzeliłem sobie dublet.

A w sumie to co, pierdolniemy, skoro pierdolenie, se piosenkę sobie, skoro o Szopenie. Ze specjalną dedykacją dla tych, których dopiero spotkam. Bo do tych, którzy do tej pory odeszli, przekaz nie jest przewidziany. W końcu ich nie ma.

Kokos.

Do podzielenia się z Wami swoimi przemyśleniami skłonił mnie jeden z komentarzy do poprzedniego wpisu. Cytuję:

A ja pamiętam, że już jako młokos
najbardziej lubiłem gdy murzyn bił w kokos

No i wódka. Kokosowa. Nie, że piłem.  Ale mniejsza z tym.

Należy zacząć od wspomnienia, że widzę tu świetnie dobrany rym. Ale mniejsza z tym.

Dalej – pewnie przejebane jest być murzynem (i jeszcze z dużą dozą prawdopodobieństwa przyjmuję, że w dodatku czarnym), bo trzeba walić, a nie po prostu uderzać. Ale mniejsza z tym.

Utwór, z którego pochodzi fragment w całości jest poświęcony młodości. I dopasowaniu do reszty. Albo inaczej – o nieodrzuceniu. Odsyłam do googla.

Właśnie, Młodości, dodaj mi skrzydła – powiedział wspomniany przeze mnie kiedyś wieszcz Mickiewicz. Ale czy aby na pewno miał rację? Celowo używam tu słowa miał, bo nie żyje. Pewnie też się dopasowywał do poetyckiej bandy przez chlanie. By pisać świetne (?) teksty, musiał łoić naprawdę dużą ilość wódy. Pewnie nie chciał być gorszy od Słowackiego, który wybrał opium. Młodszy był, ten on Słowacki, to mógł mocniej. I przez to musiał też pić dużo więcej. Mickiewicz znaczy. A więcej picia równa się trzynastozgłoskowiec. Należy też pamięt… Nie, nie – trzynastozgłoskowiec nie ma nic wspólnego z piciem alkoholu w nadmiernych ilościach. Nic a nic! Rozumiesz? No! Wracając dalej, jak mówiła moja wychowawczyni w liceum imienia Wyspiańskiego, który to Wyspiański był mistrzem focha, szkoła to trudny czas. Zmiana szkoły bywa jeszcze trudniejsza. Dlaczego w głowach tak wielu ludzi jest wyryte, że muszą się dopasować, że muszą być jak inni? Bo inaczej są przegrywami. Przecież rzeczone kapcie wcale nie są takie złe! Sam nie noszę, bo nie lubię, wolę bosą nogą chodzić. Stąpać. Bossanoga, taki taniec brazylijski, gdzie się mocno tupie boso. Na raz. Najlepiej tupać na raz, by zdobyć uznanie mas. I dlatego bossanoga jest na raz. I nie, w sumie nawet nie tylko szkoła, choć dziecka doprowadzały mnie do nerwicy czasem. Głupie przezwiska. Wyśmiewanie. Praca też. Przychodzę do pracy i chcę się wykazać, skumplować z innymi, potencjalnie wieloletnimi współpracownikami. I jestem nie-sobą. By pracowało się lepiej. By żyło się lepiej. No właśnie – życie to trudny czas. Po prostu. A relacje? Związki? Czy wtedy też jestem nie-ja? A jeśli, to po chuj?

Ale o czym to ja chciałem napisać? Ach o kokosie! A zatem:

Kto nie był choć raz przegrywem, niech pierwszy rzuci kokos.

Kastaniet.

Nie, nie, nie będzie o polityce. Ani też o sądownictwie. Wrażliwe tematy zostawiam na picie wódki. Mam ochotę. Na napicie się. A w ogóle to jakiś czas temu odkryłem kokosową finlandię. Jako amator Soplicy śliwkowej skusiłem się po długich namowach współlokatorów. I ku mojemu zdziwieniu… A z sokiem bananowym i porzeczkowym… No. Nie będzie też o miłości do języka rosyjskiego, którego wciąż nie znam w zadowalającym dla mnie stopniu. Mam też ochotę. Na miłość. Taką normalną. I pojechać do Moskwy.

Będzie o muzyce. Moje pierwsze skojarzenie to uderzanie połówkami kokosa u króla Artura. Uwielbiam gonitwę za Graalem. I te kokosy. Wszak kiedyś nie było sznureczka. A i królestwa były niegłupie. Chyba nawet tak prościej. Z perspektywy czasu patrząc.

Nie, nie, nie będzie o polityce… (Chyba już o tym pisałem.)

O muzyce duszy będzie. Bo tę ciała to każdy lubi inną. Ja na ten przykład lubię ciężkie mocne granie, chociaż był czas, gdy bawiłem się przy techno. Umpa umpa. Umpapa. Hajpa Hajpa. I takie tam. A ostatnio wróciłem do osiemdziesiątych i okolic. Było się wtedy pięknym i młodym.

Ach, o muzyce duszy miało być.

“Muzyka duszy” – czytam. Jak zawsze śmiesznie.

Piątek, w dodatku trzynastego.

Mój piątek zaczął się w zasadzie punktualnie, od wykonania zasmucenia.

Nie dalej jak rano okazało się, że Maurycy nadal ma czkawkę. Jebaniutki. Więc Panek, bo od jutra Młodzież.

Było chyba południe, gdy z wywalonym językiem wbiegłem na pocztę. Z priorytetem. W tym czasie listonosz zostawił awizo. W skrzynce.

Ostatnie księgowanie, a dolara nima. To najmniejszy z problemów trzynatopiątkowych. Ale faktury pasuje popłacić.

Przed chwilą spacerniak. I jeb z nieba woda. Dobrze, że rzadka i gęste drzewa na cmentarzu radzieckim.

Jeden over jeszcze gdzieś po drodze.

A to dopiero 2018. Godzina, nie rok. Już 2019.

Jednak wolę czwartki. Z obojętnie jakim numerem.

Amnestia.

Wiem, wiem, nie ma przypadków.

Siedzę i piję piwo. Na szczęście prawie nie sam. Przez przypadek. Rozmowa na poziomie. Mniej więcej jedenaste piętro. Ale poziomu z tego nie będzie. Chyba. Kurwa, ale lipa przegrać czelendż… Ale to przez przypadek. Normalnie…

Wiem, wiem, nie ma przypadków.

Siedzę w poczekalni na SORze. Też przez przypadek. Średni czas oczekiwania na papiery to 16 godzin. W tym czasie zbadają, nakłują i każą poczuwać. Przemiał ludzi, przypadków, historii. Śmieszni są niektórzy. I ładne ratowniczki. Dobrze, że nie mam obrączki ani pierścionka zaręczynowego. Bo do pamiątkowego foto bym nie zdjął.

Wiem, wiem, nie ma przypadków.

Siedzę i oglądam jedną z muzycznych telewizji. Oczywiście przez przypadek. Jest tam taka piosenka o trupach. Takie umpa umpa. I na koniec jest taki mniej więcej tekst wewemoim niezaszybkim tłumaczeniu:

Życie nigdy Ci nie powie,
co to się wydarzy po niem.

No dobre, dobre – sobie myślę od razu po uznaniu siebie za poliglotę. Tylko zaraz pojawia się w mojej głowie w chuj fundamentalne pytanie:

Czy ja dożyję śmierci?

I jeszcze bardziej brnę w przemyślenia. Głębokie. Nawet się nie spodziewałem, że można tak głęboko wniknąć wewsiebie – Dlaczego ja cały czas siedzę? Poniekąd dobrze, że nie w jednym miejscu… Ale jednak. A potem się dziwić, że wszędzie reklamy hemoroidów. Leków na te one. Przecież nie można tak siedzieć! Trzeba żyć! Bawić się! Spotykać! Spędzać a nie trwać! Obserwować! Mówić! Nie, rozmawiać! Pić! Jeść! Czasem spać! (Jak tamaguczi… prawie.) Ze sobą! I jeszcze tyle innych… a nie siedzieć!

Za dużo ludzi siedzi.

Wiem, wiem, nie ma przypadków…