Znowu to samo…

Chciałem tyle razy w ostatnim czasie do niej napisać. Znowu. Wytłumaczyć się po raz kolejny, że to nie tak. Nie tak, jak myśli. Że ja jestem inny. Inny niż obraz, który sobie stworzyła. Że to wszystko, co widziała, przeczytała w moich słowach, to nie tak, jak się jej wydaje. Nawet byłem gotów powiedzieć napisać wprost, że racja jest najmojsza, i że się najzwyczajniej w świecie myli. W błędzie jest. Żadnej lewizny. Żadnych innych działań. Ja rozumiem, że może krzywo patrzeć na to, co zrobiłem. Ale ja nie chciałem źle. Z resztą tak naprawdę to nic złego się nie stało. Ani wtedy, ani później. Chwilami myślę, że ona ma chore wymagania. Zaborcza wewchuj jest. I ma nade mną całkowitą władzę, zawładnęła mną całkiem. A ja, jak ta sierota obrzygana… Chwilami to też myślę, że nikt jej nie lubi tak naprawdę, i tylko sprawiają pozory. A ja… Ja byłem naprawdę fair względem niej. Turbo. Przecież nic nie ukryłem. Wszystko jest na papierze. I jeśli mówię, że oddałem jej wszystko, rzekłbym całego siebie oddałem, to nie, że mówię, tylko tak jest…

Więc do jasnej cholery i kurwy nędzy – dlaczego mi nie wierzysz, skarbówko?!

Advertisements

Kazanie na kurze. Zero czyli nic.

No nie mogę się z księdzem nie zgodzić… – powiedziała dziś do mnie pani w piekarni. Nie mogłem tego tak zostawić, Bracia i Siostry w WordPressie Blogu, i postanowiłem podzielić się z Wami słowem. Niech te kilka słów na początku będzie niejako grą wstępną do jutrzejszego światowego dnia gry wstępnej.

Bo zanim zacznę, to opowiem o tej grze. Ona prowadzi do czegoś większego, dużego wręcz. No bo wiecie, jak to jest… Bardzo się chce, bardzo nakręca i bum. Orgia, fanfare ciocarlia i wszystko. Z drugiej strony też nie zawsze. Bo kiedyś mi się zdarzyło, że już byłem w ogródku, już witałem się z gąską… Zabawa w dotyk, taki wiecie, jaki… Na zasadzie drap, masuj, miziaj mnie, drap, masuj, miziaj mnie… Kto nie słyszał, niech sobie wygugla tę piosenkę. I wszystko super, długo, długo super, i widać te reakcje, i nagle tak cholernie zachciało mi się pić, a że było już późno i zaczęło się od dupy strony, zamiast najpierw iść do sklepu po piwo, bo w końcu jak pić to piwo…

Wtrącę tu kilka zdań, bo to konieczne do wyjaśnienia niezbędne. Chyba sami widzicie tę zależność PIć – PIwo. PI. Żadna tam woda, Moi Mili. Żadna! Pi! Przecież to proste jest logiczne. Chce mi się wodzić? Nie kurwa! Pić! Wodzić to można kogoś. Za nos. Na pokuszenie. Ale nie piwo, piwo to pić trzeba. Właśnie sobie przypomniałem, że pisałem kiedyś o pi. Pisałem. Wszędzie π. To magiczny znak jest. Piję Piwo Pięknie Piszę.

…, wziąłem się za mizianie. I miziam, miziam i potem poszliśmy do sklepu. Który był zamknięty ten on sklep. To był znak, że nie będzie niczego. Piwo było na cepeenie. Ale potem nic nie było. Znaczy się mizianie było fajne, ale mój argument o piwie był fajniejszy. Czy wynika z tego, że była alkoholiczką, w ostateczności piwoszką smakoszką? No w każdym razie lub w każdym bądź razie zimny piw zawsze spoko. Albo ja jestem chujowym miziaczem. Nie, nie jestem. Ale Ty Siostro i Ty Bracie, i jeszcze ono – Wy nie musicie mi wierzyć na Słowo.

Po tej jakże uroczej i nic niewnoszącej grze wstępnej do postu, Bracia i Siostry przejdziemy do sedna sprawy. Nic czyli zero. Myślę sobie jadąc dziś metrem, czy jest coś takiego jak nic. Bo ona mówi, że nic do mnie nie czuje. Ani w jedną, ani w drugą stronę. Co jest jednoznaczne z obojętnością. A obojętność to nie tylko podejście do kogoś. To także odczucie uczucie. Więc czuje się coś zawsze. Często ta ona obojętność jest postawą, która jest wprost przeciwna wobec tego poprzedniego, bo mogę kogoś nie znosić, nienawidzić i traktować go w sposób turbo-obojętny, niejako za karę traktować. O innych uczuciach nie wspominam, bo je czujemy jasno nazywamy.

Albo myślenie. Gdy myślę, że o niczym nie myślę, że siedzę sobie w takim nothing boxie, to wtedy też myślę. Właśnie o tym, że nie myślę. To błogie jest, ja wiem. Ale właśnie nic niemyślenie jest de facto sensu stricto ab ovo ad mala ole ole siabadabada jednak czymś.

Czy zatem nie ma zera? Jak coś jest mniejsze od zera albo od niego większe, wtedy istnieje. Ale zero samo w sobie… Czy ono jest czy go nie ma? Nie ma na to pytanie odpowiedzi. Mógłbym przedstawiać paradygmaty, ktoś inny przedstawiałby swoją wizję stronę. Ale nie wiem, czy dojdziemy (no chyba, że kupimy wcześniej piwo) do porozumienia.

Dziś jest europejski dzień zdrowego jedzenia. Opierdolcie więc Najmislsi kebsa na cienkim albo inną sałatkę. Na zdrowie. Tylko, żeby Was Moi Mili nie parzyło potem w…

A wewniedzielę Japończycy nie pójdą na żaden marsz. Z okazji japońskiego dnia singli, szturmują sklepy muzyczne i kupują nowości. W szczególności Vadera i Blog 27. Wy zaś Bracia i Siostry zaśpiewajcie w południe razem ze mną wersję Kazika zaśpiewajcie. Bo rychliwsza. O singlach i dlaczego, i dla kogo są singlami, pisać nie będę. Bo to słaby temat. Jak związki. A ostatni raz księdzem byłem trzy lata temu w diecezji bielsko-żywieckiej, gdy wychodziłem od dentystki i minąłem się z jakimś facetem. Potem opowiadała mi ta ona dentystka, że to był taki prawdziwy ksiądz, nie jak ja – przebieraniec, i że był zaskoczony, że ten ksiądz też do niej chodzi, ale za nic nie może sobie przypomnieć, z której ja jestem parafii. A mój kościół to jest pod wezwaniem Świętego Uśmiechniętego.

Chaos nad chaosami i wszystko chaos. Blog z Wami!

Zehu Ze!

Krzyk. Ale nie ciszy.

Słyszysz? Krzyczy. Wrzeszczy wręcz. Jak można się tak drzeć? Jakby ją ze skóry obdzierali. Na żywca! Chyba trzeba zadzwonić po pogotowie, bo to nie jest normalne. Tu policja nie pomoże. A na pewno nie jest pijana. Gdyby była, pewnie zasnęłaby jak zwykle. Coś się stało. Ktoś ją krzywdzi. A ona siedzi i wrzeszczy. Przypomina mi się ten eksperyment w Rosji. Wiesz, o który mi chodzi. Nie wiesz? No ten z niespaniem. Zrobi z niej zombie normalnie. Obdarte ze skóry zombie. A jak tam ostatni odcinek? Też Ci się wydawało, że Rick zginie? I dobrze Ci się wydawało. Jak wszystkim. Przez chwilę. (Tak, spoiler alert). Psychoza normalnie. Paranoja jakaś, rzecz nazwawszy po imieniu. Czekaj, jaki to był numer? Ach tak…

A cisza? Cisza koi nerwy. Cisza pozwala dać spokój. Cisza bywa piękna. Choć czasem powoduje, że głowa zamiast delektować się tą oną ciszą, zaczyna hałasować. I nie ma sposobu, aby ją uciszyć. Ona wtedy rozrabia. I nie ma sposobu, aby ją powstrzymać. Ona skupia się na jednym. I nie ma sposobu, aby wyeliminować ten zamęt. Może dlatego słucham muzyki nawet w nocy. Może ja tak naprawdę nie lubię ciszy? I na odwrót i wzajemnie? Może coś się musi dziać grać musi, bym nie był w letargu.

Mąci-głowa.

Moja głowa krzyczy. Woła. Mąci.

A niech sobie mąci. Ja jej, ona mnie. W atmosferze wzajemnego zrozumienia.

Kuś-(Ty)-ka.

No idę, idę przecież. Nie poganiaj mnie. Choć trudno nazwać to iściem. Kolano boli trochę, bo wyrżnąłem ostatnio, przez to nie idę prosto. Wewsensie idę prosto przed siebie idę, ale kuleję. Jak to w życiu. Nikt nie mówił, że będzie prosto. Łatwo znaczy. Więc kuśtykam dalej. Trzeba sobie radzić. Nie patrzeć wstecz. Bo co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr. Tylko nie pamiętam, kto mnie tego nauczył.

I tyka. Jak zegarek. Bo czas upływa. Ponoć goni. Nie, nie wybuchnę. Bomba emocjonalna została rozbrojona. A przynajmniej chcę w to wierzyć. Aldek mi powiedział, że mam nie pierdolić. Chcę być Aldkiem. Choć w życiu nie ma nie może być zawsze fajnie zawsze.

Kusisz mnie Ty, ale ja się potykam. Bo nie idę prosto. Więc nie kuś. Lepiej kup. Nie kupcz.

A kto pomyślał o seksie, niech wie, że od myślenia jeszcze nic się nie wydarzyło. Więc niech nie myśli tylko działa.

A propos działa, spodziewałem się armaty. Jak zwykle. I wyszło jak zwykle. Z dużej chmury mały deszcz. Takie małe P11.

A propos P11, to prawie jak W11. Jutro będę na komendzie, ale nie na Pomorskiej. Trochę wyżej. Choć jakby porównać wysokość, to moja komenda jest 109 metrów niżej. Bez sensu. Ale za to jest najgówniań… najgłówniejsza. Żadne tam W11…

Paradoks.

To ciekawe, że tego samego dnia jest dzień rozrzutności i światowy dzień oszczędzania.
Paradoks.

To ciekawe, że tego samego człowieka możesz kochać i jednocześnie nienawidzić.
Paradoks.

To ciekawe, że piszę na papierze i tam mam wenę, a tu nie.
Paradoks.

To ciekawe, że halołin świętują też ateiści, a przecież to pochodna religii.
Paradoks.

To ciekawe, że przeczenie “nie” jest czasem potwierdzeniem.
Paradoks.

To ciekawe, że otwieram się i jednocześnie jestem zamknięty.
Paradoks.

To ciekawe, że jeśli nie szukasz przygód, przygody znajdują Cię same.
Paradoks.

To ciekawe, że jest głód, a dookoła wypierdala się tyle jedzenia.
Paradoks

PS: Halołin, sralołin… Dziady, kurwa!

Moje miejsca. #2.

To będzie sentymentalna lista. Moich ulubionych samotni, miejsc spotkań i pijackich imprez.

Siedzę w lesie na Pogórzu Rożnowsko-Ciężkowickim. Kawałek od korzeni. Właśnie jakiś ptak wydaje z siebie co najmniej dziwny odgłos. Nie wiem, czy bojowy, czy godowy, czy jeszcze jakiś inny…

To miejsce tylko moje. Siedzę na wysokich schodach bez poręczy. Wokół domu i stodoły tylko trawa. By opublikować post, będę biegał za zasięgiem. Coś wspaniałego. Prawie jak w całkiem nieodległej Bacówce w Bartnem (też moje miejsce, jak pojadę to opowiem).

Zawsze chciałem tu kogoś zabrać. Kogoś, kto będzie Kimś. Nikt się nie kwapi. Więc pozostanie moim na razie. Może na zawsze.

Przestało być zielono. Jest żółto. Obok stodoły równo poukładane porąbane drewno do pieca. Suche. Jak nie zapalisz, myjesz się w zimnej wodzie. W stodole nieużywana maszyna do młócki. Będzie już ze dwadzieścia lat… I płytki na wymianę ułożone w szeregu. Stare. Spękane. Gdyby która z dachu spadła… Zaraz za winklem kibel. Drzwi z karo, nie z serduszkiem. I jakimiś starymi gazetami. A po drugim śniegu nie będzie jak dojechać bez łańcuchów. Nawet autem z czterema łapami. Do domu, nie do kibla. Za stodołą zagajnik, czasem siedzą tam sarenki. A za zagajnikiem polana. Chciałbym tam paść konia. Swojego. Ale takiego prawdziwego takiego. Ja nie wiem, o czym Ty P.T. Czytelniku myślisz…

I ta pierzyna na piętrze…

Rzadko tu wracam. Choć jak jestem, to czuję się tu w chuj dobrze. Bezpiecznie. Może kiedyś tu zamieszkam. W ostatnim domu na linii energetycznej. Dalej już tylko las. Mój własny koniec świata.